Wyrwana z rąk śmierci.

Agnieszka Walicka

Na przełomie wieków XX i XXI mieszkałam na południu Rosji w Rostowie nad Donem, gdzie w ramach misji osób świeckich wraz z grupą z Polski przez kilka lat dzieliłam się swoją wiarą ze studentami tamtejszych uczelni. Były to lata pod każdym względem niezwykłe, i wcale nie ze względu na to, że zaczynał się nowy wiek. Życie za granicą, w innej kulturze, porozumiewanie się w obcym języku, poznawanie nowych miejsc i wielu ludzi, rozmowy z nimi na naprawdę istotne, znaczące tematy, sprawiły, że wspominam mój pobyt tam z dużym sentymentem. Z perspektywy czasu widzę, że sam przełom stuleci i towarzyszące mu wtedy podekscytowanie szybko poszłyby w mojej głowie w zapomnienie, gdyby nie fakt, że właśnie na początku roku 2000 miało miejsce zdarzenie, którego nigdy nie zapomnę.

Pewnego mroźnego styczniowego wieczoru, gdy byłam sama w domu, odwiedził mnie chłopak, który, jak stwierdził, chciał dowiedzieć się czegoś więcej o naszej grupie i przybliżyć się do Boga. Po chwili rozmowy zaproponowałam mu herbatę i gdy stawiałam ją na stoliku, mój gość złapał mnie wpół, przełożył sobie przez kolana i syknął :”Bądź cicho, bo cię zabiję.” Mimo że natychmiast, sparaliżowana strachem, przestałam krzyczeć, poczułam jak wbija w moje plecy nóż. Trzykrotnie. Ciepła krew zalała mi plecy. Moje ciało zrobiło się bezwładne. Musiałam zemdleć, bo to, co miało miejsce później, nie mogło się wydarzyć w następnej sekundzie. W mieszkaniu znalazł się ktoś jeszcze. Dwóch mężczyzn przywiązało mnie do fotela i zakleiło taśmą usta. Na przemian traciłam i odzyskiwałam przytomność, gdy oni buszowali po mieszkaniu. Słyszałam ich rozmowy, wiedziałam, że wyrwali z gniazdka wtyczkę telefonu i na odchodnym odkręcili kurek gazu w kuchni. Zostałam sama. Był późny wieczór. Nie miałam wtedy współmieszkanki, więc nie mogłam liczyć na to, że ktoś wkrótce mnie znajdzie. Próbowałam krzyczeć, ale przy najmniejszym wysiłku lała się ze mnie krew, więc musiałam się oszczędzać. Moją jedyną nadzieją było to, że kiedy mój gość zadzwonił do drzwi, rozmawiałam przez telefon z koleżanką. Obiecałam jej, że oddzwonię później. Podczas koszmarnych godzin na fotelu, w chwilach, gdy odzyskiwałam przytomność, modliłam się, by Bóg nie dał jej spokoju, by spróbowała się ze mną skontaktować, zanim położy się spać. I rzeczywiście tak się stało. Zaniepokojona, że nie może się do mnie dodzwonić, Ela wysłała do mego mieszkania swego męża. Po jego interwencji znalazłam się w szpitalu w stanie ciężkim. Jak się później dowiedziałam, lekarze dawali mi 1% szans na przeżycie operacji.

Trudno jest wyrazić słowami, co czuje człowiek, gdy staje oko w oko ze śmiercią. W ułamkach sekund przez głowę przetaczają się tysiące myśli. Po czternastu latach wspominam ten moment w spowolnionym kadrze. „Ach, więc właśnie tak zakończy się moje życie!”- przed oczyma miałam obraz swego martwego ciała na podłodze w kałuży krwi. Myślałam o Rodzicach, jaki to sprawi im ból. Myślałam też o tym, że za chwilę stanę twarzą w twarz z Panem Jezusem! Jestem przekonana, że miałam oczy bardzo szeroko otwarte z wrażenia.

Podczas miesięcy poprzedzających tamtą noc, pod wpływem lektury pewnej książki, dużo rozmyślałam nad tym, czy naprawdę wierzę, że Bóg jest nieskończenie dobry. Autor dzielił się swoimi zmaganiami w wierze, po tym, jak jego brat zginął w katastrofie lotniczej. Zastanawiałam się, na ile moje przekonania zmieniłyby się, gdyby Bóg dopuścił podobny scenariusz w mojej rodzinie. Czy nadal potrafiłabym Mu ufać? Czy wierzyłabym, że mnie kocha? Ostatecznie, doszłam do przekonania, że skoro Bóg jest Panem mojego życia, to On, a nie ja, decyduje, jak mają wyglądać okoliczności, przez jakie próby przyjdzie mi przejść. Dlatego, w chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że właśnie jestem brutalnie mordowana, czułam się, jakbym wymieniała porozumiewawczy uśmiech z Panem Bogiem. Byliśmy w pewnym sensie umówieni, że jestem gotowa na wszystko. W tamtej sekundzie byłam spokojna i pogodzona z losem.

To nie znaczy, że chciałam umrzeć. Im dłużej żyłam, tym silniejszy był instynkt przetrwania. Tym trudniej było mi uwierzyć, że nie doczekam rana, że nie będzie już następnych dni i tygodni. Modliłam się o ratunek. O przeżycie.

Nie znaczy to również, że nie doświadczyłam długofalowych skutków horroru tamtej nocy. Przez długi czas bałam się zostawać sama w domu, miałam koszmary. Płakałam z byle powodu i źle znosiłam, gdy ludzie byli dla siebie choćby niemili.

Gdybym jednak miała możliwość cofnąć czas i wymazać ten tragiczny epizod z mojego życia, nie zrobiłabym tego. Kiedy człowiek ociera się o śmierć, rzeczywistość nabiera głębszej perspektywy, sprawy drugiej rangi schodzą na dalszy plan. Okazuje się, co jest naprawdę ważne- ustawiają się priorytety. Wreszcie, co dla mnie było niezwykle istotne, zyskuje się unikalną możliwość doświadczenia i poznania Tego, który jest Panem. Panem życia i śmierci.

Agnieszka Walicka

 

Agnieszka opowiedziała o swoich doświadczeniach w ramach spotkań „TAB talks– otwartych spotkań dyskusyjnych organizowanych przez Trójmiejską Akademię Biblijną.

Możesz również posłuchać innych wystąpień z tej edycji TAB talks:
Co na temat zmartwychwstania ma do powiedzenia HISTORYK?
Co na temat zmartwychwstania ma do powiedzenia FIZYK?

Pozostałe materiały video TAB można obejrzeć tutaj

1 comment on “Wyrwana z rąk śmierci.”

  1. Pingback: Jak to jest, gdy śmierć zagląda ci w oczy?

Leave A Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *